Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego – kolejny sprawdzian

Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego był kolejny sprawdzianem w drodze do maratonu.  Po 10 km w Brzeszczach przyszedł czas na dystans połowy maratonu. Dla mnie to trzeci bieg w półmaratonie i póki co nie do końca  to były przyjemne biegi. Raczej nazwałbym to niezłą walką z samym sobą, aby dotrzeć do mety. Na maratonie może być w zasadzie podobnie. Walka, walka i jeszcze raz walka – czyż nie po to zostaliśmy stworzeni?

Plan na Żywiec był dość łagodny – przebiec poniżej 2 godzin. Po zimowych treningach czułem, że nie będzie z tym problemu. Jednak Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego do łatwych nie należy. Dużo podbiegów i zbiegów, niewiele płaskiego. Można przeliczyć swoje siły. Nogi mogą odmówić posłuszeństwa. Wszystko jest możliwe…

Miałem nadzieję, że podczas biegu będą już wiosenne warunki: 15 stopni na plusie, słońce, krótki rękawek i krótkie spodenki… Było słońce, było 15 ale na minusie, a krótki rękawek założyłem na bluzę…  Te 15 na minusie to w zasadzie w nocy, podczas biegu było na prawdę przyjemnie i ciepło. Ja  to w zasadzie chyba nawet wolę takie zimowe warunki. Myślę, że moja wydolność jest znacznie lepsza niż podczas upałów… Ale do rzeczy….A właściwie do biegu….

Star 10.30! Ktoś wystrzelił ze straszaka… Faworyci ruszyli z pierwszego rzędu. Ja czekam około 30 sekund aż dojdę do mety. Zaczyna się lekki trucht, nie zaczyna się półmaraton. Każdy kilometr dzielący mnie od mety. Na pierwszej prostej macham do Ani, która dokumentuje moje poczynania w dniu dzisiejszym! Bardzo to miłe i jestem pod wrażeniem zdjęć! Anię zobaczę pewnie za dwie godziny…. Wybiegamy z rynku… jest ciasno. Ciężko się wyprzedza innych zawodników. Ale to moja wina mogłem iść bardziej do przodu na starcie…. Teraz muszę zrywać tempo biegu. Nie lubię tego, ale nakręca mnie wyprzedzanie innych. Czuje się jak w miejskiej dżungli. Biegniemy głównymi ulicami Żywca w stronę nowego mostu. Pierwszy kilometr nieznacznie poniżej 5 minut. Jak doliczę do tego 30 sekund podchodzenia, to robi się niebezpiecznie…. Trzeba się kontrolować….  5 minut na kilometr to maksimum na jakie mogę sobie pozwolić. Co prawda z początku trasa jest płaska, ale od 3 km zaczynają się niewielkie podbiegi i  …..  przejazd kolejowy.  Ci co nie zmieszczą się w 35-ciu minutach na 5 km czeka niespodzianka w postaci zamkniętego szlabanu. Choć wiadomo jak to jest z  Kolejami Śląskimi…Na  5 kilometrze czas około 00:24:39. Trzymam tempo, ale jest ono trochę szybsze od zakładanego. Kolejny płaski odcinek, a później podbieg w Tresnej. Pamiętam, że na rowerze ciężko się tam jechało… ale rower to nie nogi…. żadne przełożenie się z nimi nie równa.  Spokojnie go pokonuje, tak aby się nie zmęczyć, bo to dopiero może 6-7 kilometr. Kilka podbiegów i będzie z górki, aż do samej zapory… Tutaj znajduje się lotna premia i 10 kilometr. Pierwsza dyszka mija bardzo pozytywnie… czas 00:49:26. Są siły. Muzyka nakręca do biegu. Oddech ustabilizowany, piękne widoki z Zapory w Tresnej. Cóż za cudowny dzień!!!

Druga część trasy jest dużo trudniejsza, płaskie odcinki można policzyć na palcach jednej ręki. Większość stanowią podbiegi i zbiegi. Ale oczywiście jak mówi jak wszyscy wiemy, aby zbiec należy najpierw wybiec… Jestem mile zaskoczony, bo utrzymuje dobre tempo na podbiegach i czuję się silny. Ale wiem również, że najgorsze dopiero nastąpi. 18-19 kilometr bardzo mocny podbieg, zapewne na dużym już zmęczeniu.

Na trasie biegu spotykam znajomych z forum Beskidu Małego – MK i Harnasia. Wracają z gór… To niespodziewane spotkanie dodaje mi pozytywnej energii. Na  15 km    -    czas 01:13:42. Można powiedzieć, że wyjątkowo równo biegnę. Oczywiście podbiegi wolniej, zbiegi szybciej. Ale średnia jest mniej więcej stała. Na tym mi zależało. Jednak przychodzi w końcu kryzys. Monotonny podbieg trochę mnie osłabia. A wiem, że na ostatni podbieg przed Żywcem muszę mieć siły. Zwalniam. Szanuję siły. Podbieg daje mi w d… tempo spadło, nogi sztywne i ciężkie. Ale daję radę, jestem na górze, teraz tylko wystarczy zbiec do Żywca i powalczyć o jak najlepszą życiówkę! Rozpędzanie się wcale nie jest takie proste. W myślach już pędzę, ale ciało się wlecze…. Dobiegam na rynek… Czas: 01:45:20 Czuję, że zrobiłem dzisiaj kawał dobrej roboty! Dziękuję Aniu, że ze mną byłaś!!!

 Pełna fotorelacja Ani!!!

oraz bardzo fajny film!

III Bieg o Złote Gacie 09.03.2013 – pierwsza życiówka w tym roku

Bieg w Brzeszczach na dystansie 10 km o słynne już Złote Gacie był dla mnie tak na prawdę pierwszym sprawdzianem w tym roku. Jak przepracowałem dotychczasowy okres przygotowawczy? Czy te wszystkie wieczorno-mroźne kilometraże mają jakiś wydźwięk?

Tak na prawdę plan na sprawdzenie formy przyszedł niespełna tydzień przed zawodami. Pierwotnie miałem biec z Anią jej pierwszą dyszkę w Brzeszczach.  Kontuzja niestety zmieniła te plany.

Zawody w Brzeszczach zawsze będę odbierał sentymentalnie. To tutaj 2 lata temu miałem swój pierwszy występ i pierwsze dosyć brutalne doświadczenia.  Błędnie zakładając, że skoro biegam w obszarze górskim to spokojnie dam sobie radę w płaskim terenie – postanowiłem pobiec mocno. Za mocno – sił starczyło do 5 km. Później była walka z samym sobą. Każdy kolejny metr stawał się dłuższy. Doszedłem, dobiegłem, a dyplomatycznie dotarłem do mety na przedostatnim miejscu. Never again! Teraz śmieję się z tego, jednak wtedy zostałem brutalnie sprowadzony na ziemię….

Tym razem przyjechałem zmierzyć się z sobą i czasem. Co prawda przygotowuje się do maratonu i nie robię treningu szybkościowego, ale z punktu psychologicznego czułem , że mogę coś tu dzisiaj zdziałać! Poprzedni rekord na tym dystansie, z Tych (2011)  , wynosił 48:29:00. Więc wiele wskazywało, że padnie rekord :)

Zacząłem wolno.Tak mi się przynajmniej wydawało. Pierwszy kilometr 4.30. Wiele osób wyprzedzonych. Kolejne dwa kilometry w okolicach 4.15. Jest dobrze, nie ma zmęczenia przy takim tempie. Muzyka w słuchawkach, raz uskrzydla ,raz w ogóle do mnie nie dociera. 4 i 5 kilometr trzymam tempo, cały czas wyprzedzając kolejne osoby. Na półmetku było coś około 21 minut. Jest uśmiech. Tylko ile tak wytrzymam? 6 km -  daje radę. Na 7-mym czuję, że tempo spada. Lekkość biegania jest już wspomnieniem. Nikogo nie wyprzedzam, staram się trzymać grupy. Na 9 km zegarek pokazu 40 minut i 15 sekund….  Ostatni kilometr, trzeba dać z siebie więcej i atakować 45 minut. Jednak nogi już tak ochoczo się nie ciągną do przodu. Kilka osób mnie wyprzedza… Zaczynam  się rozpędzać, gdyż to już ostatnia prosta przed metą… Czuję się jak kilkunastu-tonowa lokomotywa… Powoli do przodu… Jest…. Dochodzę jedną osobę. Jeśli ktoś kazałby mi się teraz  zatrzymać na 2-3 metrach usłyszałby tylko śmiech… Pędzę jak niebieska lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa….

Wpadam na metę z miną Kermita z Mapetów. Rekord pobity 45.08 min.  Jestem happy,  ale więcej bym dzisiaj nie wycisnął….

121        MARCIN    WALCZAK BIELSKO-BIAŁA    00:45:08 – 04:30  na kilometr – 13.29km/h